Czytelnia

Walka duchowa według nowego paradygmatu, cz. 1

Kazimierz Sosulski włącz .

"Abyśmy już nie byli dziećmi miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki, przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu."

Jedno z aktualnych zagadnień rzeczywistości dzisiejszego Kościoła na świecie stanowi sprawa tzw. "strategicznej walki duchowej". Dotyczy to również naszego kraju.

Jaki jest motyw skłaniający tak wielu wierzących biblijnie chrześcijan do wstępowania w szeregi bojowników pragnących wiązać moce ciemności nad poszczególnymi obszarami geograficznymi, miastami, cmentarzami, krajami wreszcie? Niewątpliwie jest w tym gorące pragnienie, by zatryumfował tam Chrystus. My, Polacy, bolejemy nad bałwochwalstwem i ślepotą naszego narodu, dla którego ta Maryja z obrazu, której praktycznie oddaje się cześć większą niż Wszechmogącemu Bogu i Zbawicielowi to niemal osoba należąca do "Świętej Czwórcy", a dla niektórych nawet i Świętej Trójcy. Pragniemy, by nasz naród został przeobrażony dzięki mocy Ducha Świętego, dzięki jego potężnemu działaniu, które tak jest Polsce potrzebne. Wiemy też, że zawsze i wszędzie tam, gdzie następowało prawdziwe przebudzenie, poprzedzało je gorące oczekiwanie w modlitwie Bożego ludu. Wydawałoby się, że tak jest i teraz. Wielu z nas słyszy o przebudzeniu, pragnie przebudzenia, a niektórzy nawet się o to modlą. O co więc chodzi tym, którzy nie akceptują tej nowej strategii walki duchowej, czyżby nie zależało im na zbawieniu jak największej liczby rodaków? Ba, całej Polski wręcz?

Cel "strategicznej walki duchowej" jest bardzo chwalebny - zdobyć dla Chrystusa całe kraje, całe narody. Czy jednak założenie, że jest to możliwe ma naprawdę biblijne podstawy? Czy nie jest to nadzieja fałszywa? Na co powołują się propagatorzy tych metod, ogłaszający wspaniałe rezultaty swoich praktyk? I czy po bliższym sprawdzeniu okazują się one takimi rzeczywiście? I druga wiążąca się z tym sprawa. Wielu mądrych ludzi w czasie swojej duchowej wędrówki miało możność stwierdzić, że proste założenie: "jeśli coś działa, to musi być z Boga" jest z gruntu fałszywe. Nie w ten sposób mamy osądzać prawdziwość danego cudu czy objawienia. Najpierw musimy zbadać sprawę biorąc pod uwagę obiektywizm Bożego Słowa, które w swoich standardach i objawieniu pozostaje niezmienne. Patrzenie na tzw. "owoc", czyli rezultat (np. większa liczba nawróceń czy uzdrowień) może być mylące, zwłaszcza, że nie jesteśmy w stanie dokładnie stwierdzić na ile te skutki są prawdziwe. Współczesne masowe ewangelizacje przebudzeniowe "produkują" coraz więcej pseudoodrodzonych chrześcijan. Można już wręcz mówić o pojawieniu się rzeszy "nominalnych zielonoświątkowców lub charyzmatyków". Smutne to, ale prawdziwe.

Weźmy choćby pod uwagę, kolportowany w naszych kręgach na kasecie wideo, film zatytułowany "Transformations" ("Przeobrażone miasta"). Ma on wykazać, że całe miasta (a następnie kraje) mogą zostać przemienione z bezbożnych w chrześcijańskie. Pozamykane z braku przestępców zostaną więzienia, zniknie handel narkotykami i fałszywe religie, uciekną szamani i czarownice, a rządzić będzie lud Boży. Stanie się tak w tych miejscowościach dzięki zjednoczonym siłom Kościoła, gdy ludzie wierzący, gromadząc się tłumnie na stadionach i w kaplicach, przez całą dobę będą się modlić o zbawienie swojego miasta.

Wspomniana kaseta o tym nie mówi, ale szerzone w świecie i w naszym kraju nauczanie dotyczące "strategicznej walki duchowej" zakłada, oprócz długotrwałych modlitw wierzących (co przecież samo w sobie nie jest praktyką złą, a raczej właściwą) także inne działania. Konieczne jest zdaniem propagatorów tego ruchu zbadanie historii terytorium, o które mamy walczyć, aby usunąć wszelkie wiszące nad nim przekleństwa, należy zbudować "duchowe ołtarze", aby pokonać demony panujące nad danym obszarem geograficznym. Trzeba planować strategię sprowadzenia tam przebudzenia. Działania te nazywa się "usuwaniem przeszkód na drodze do przebudzenia". Przyświeca tym poczynaniom przeświadczenie, że Bóg MUSI dać to, o co prosi Kościół, gdy tylko spełnione zostaną konkretne warunki. Tkwi w tym założenie, że jest to jakby sprawa oczywista - 2+2 musi dać w sumie 4. Tylko, że przy takim założeniu suwerenny Bóg zostaje sprowadzony do roli przedmiotu. Wyleje swojego Ducha tam i wtedy, gdzie i kiedy zadecyduje o tym Kościół. Po prostu nie będzie miał wyjścia.

Dzięki wspomnianemu filmowi odwiedzamy cztery miejscowości (dwie w Ameryce Płd., jedną w USA i jedną w Afryce), które przeżyły "transformację". Hasło brzmi: "Czy możemy zmienić duchowe DNA (budowę genetyczną) danego miasta"? Okazuje się, że możemy. Tak można sądzić na podstawie przedstawionych tam faktów. W Gwatemali jednym z dowodów Bożego nawiedzenia miasteczka Almolonga są olbrzymie warzywa i owoce, które teraz tam rosną. Ktoś z wierzących sprawdził tę sprawę. Okazuje się, że miejsce to jest znane naukowcom z tego powodu, że stosuje się tam w nadmiernych ilościach chemikalia, które nie są obojętne dla zdrowia tamtejszej ludności. W świetle tego faktu nie można się dziwić, że rozmiary warzyw nie robią na nich wrażenia. Inna przyczyna wielkich plonów to także to, że do połowy lat 90 ów kraj znajdował się w stanie wojny, co miało wpływ na wcześniejsze złe plony.

O mieście Cali, w Kolumbii, dowiadujemy się z filmu, że przebudzenie miało w nim tak szeroki zasięg, że zniknęła mafia handlująca narkotykami, można bezpiecznie chodzić nocą po ulicach itp. Czy te przedstawione w filmie skutki są trwałe? Okazuje się, że niestety nie. Sytuacja w mieście jest teraz gorsza niż kiedykolwiek przedtem. Występująca w filmie żona zamordowanego pastora ostatnio napisała w swoim liście do znajomych, że musi chodzić z obstawą, gdyż morderca jej męża (który jest na wolności) otwarcie głosi, że zamorduje również ją i jej córki. Nabożeństwa są teraz często atakowane przez satanistów i inne bandy, co zagraża bezpieczeństwu wierzących (grozi to nawet likwidacją niektórych zborów) i wymaga interwencji policji. Obecną sytuację owa żona zamordowanego pastora (która sama jest teraz pastorem) określiła następująco: "Przerażająca ciemność zawisła nad naszym miastem. Sytuacja gospodarcza i polityczna jest gorsza niż kiedykolwiek przedtem" - napisała to w październiku '99. Podobnych przykładów jest więcej i omówienie ich wymagałoby osobnego opracowania, ale nie jest to chyba konieczne.

Zastanówmy się na czym polega nowość lansowanych pojęć "duchowej walki", "duchowej mapy" i "strategicznej modlitwy wstawienniczej" i ich niezgodność z nauczaniem Biblii. Zostały one spopularyzowane w ciągu ostatniej dekady naszego kończącego się obecnie wieku przez charyzmatyczny gnostycyzm, który zadomowił się w Kościele na dobre. Piszemy to z całą świadomością, jako charyzmatycy, zielonoświątkowcy z doświadczeniem w walce duchowej, nie jako przeciwnicy darów Ducha czy modlitwy wstawienniczej. Musimy mieć świadomość, że istnieje teraz coś takiego, jak niebiblijny ruch charyzmatyczny, który należy demaskować i od niego się odciąć. Tak, odciąć, ponieważ te gnostyczne wpływy są jak rak, który już od lat w ukryciu rozwija się w Kościele na świecie, zarażając coraz to większe rzesze ludzi, organizacje, zbory i społeczności. Dzięki nawoływaniom do "jedności" wszystkich denominacji, do tolerancji i likwidowania "ducha krytycyzmu" rak ten jest w stanie zniszczyć każdą uczestniczącą w tym ruchu grupę. Mało kto już się przejmuje tym, co mówi Biblia na temat rozmaitych herezji. A tymczasem Słowo Boże każe nam je gromić i demaskować, a nie przymykać na nie oczy i brać w nich udział (Rz 16,17-18; Tyt 1,9-16) oraz dążyć do "jedności" kosztem prawdy.

"Agresywna walka duchowa" według ludzi z "ruchu przebudzeniowego Toronto" oraz organizacji "Spiritual Warfare Prayer Network" Petera Wagnera, który pragnie stworzyć "globalny Kościół apostolski" pod rządami nowych światowych "apostołów i proroków", polega m.in. na "tworzeniu grup komandosów", wysyłaniu "szpiegów", którzy będą sprawdzać jaskinie (wykrywać w nich skupiska demonów), badać góry, rzeki, linie ezoteryczne danych regionów, aby w ten sposób "zebrać jak najwięcej informacji na temat wojsk wroga" i pokonać go dzięki dobrze obmyślonej strategii modlitewnej, uderzając go w tzw. "czuły punkt". Ma w tym swoje miejsce sporządzenie "duchowych map" cmentarzy oraz obozów koncentracyjnych w Polsce, a także zawieszenie plastikowych tabliczek z napisem "Jezus żyje" na krucyfiksach w całym kraju, aby w ten sposób pokonać w naszej ojczyźnie moce ciemności i nawrócić ją wreszcie do prawdy.

Ale zadajmy sobie pytanie: Czy Bóg zajmuje się zbawianiem całych narodów? Czy w Biblii (z wyjątkiem resztki Izraela w czasach eschatologicznych - Rz 11,26) istnieje coś takiego jak pojęcie "zbiorowego zbawienia"? Słyszy się np., że zostanie wyzwolony spod panowania sił ciemności cały kontynent europejski, dzięki czemu wielkie masy ludzi zobaczą prawdę i zostanie zbawiona cała Europa, a "kluczem do wyzwolenia" ma być (jako jej centrum) właśnie Polska.

Post i modlitwa o nawrócenie (zbiorowe) całego naszego narodu od kultu Królowej Niebios do Jezusa Chrystusa są niezgodne z tym, co mówi na temat nawrócenia Biblia. Nigdzie w niej Bóg nie obiecuje, że będzie zbawiał całe narody, natomiast wyraźnie widać, że zawsze tylko resztka wykupiona krwią Chrystusa "nie oddała czci Baalom" i stała się Jego własnością. Bóg zajmuje się zbawianiem poszczególnych jednostek, a nie masowym nawracaniem ludzi, by zaistniało na ziemi widoczne "Królestwo" (dzięki temu, że "większość ludzi będzie żyła według Jego przykazań i w ten sposób zostanie nareszcie obalone panowanie szatana"). Jego Królestwo "nie jest z tego świata" (J 18,36). Jezus powiedział wyraźnie, że tylko niewielu będzie zbawionych (Mt 7,13-14) i tego nigdy nie cofnął. Jego słowa są prawdziwe i trwają na wieki. Z każdego narodu, plemienia i języka wybiera sobie tych, którzy Go ukochali i trwają w Jego prawdzie. Jednak większość obywateli tych krajów, skąd pochodzi jego lud, będzie nadal zbuntowana przeciwko Bogu, a im bliżej końca, tym gorszy będzie ich bunt i nienawiść do Prawdy. Biblia przepowiada to tak wyraźnie, że aż dziw, jak ci nowi prorocy mogą zupełnie to ignorować, a głosić swoje własne wizje pomyślności, jedności, zbawienia narodów i światowego pokoju, tak właśnie jak czynili to fałszywi prorocy, prorocy Baala. (1Krl 19,18; Jer 14,10-14; Jer 28,7-17; Ez 13,8-8; 1Tes 5,3; 2Tym 3,1-8.13; Obj 9,20-21).

Tak na przykład Cindy Jacobs, prorokini ruchu "modlitwy wstawienniczej" (wg nowego paradygmatu, wzorca myślenia - jest to tworzenie "Królestwa Bożego" na ziemi naszymi wysiłkami jako "zjednoczonego Kościoła"), ogłosiła, że po intensywnej i wieloletniej walce duchowej przeciwko "Królowej Niebios" w różnych częściach świata, moce ciemności zostały pokonane, nastąpił "duchowy przełom".

Pytanie brzmi: Jeśli to prawda, to czemu tak wielu ludzi w tych krajach nadal modli się do "Maryi"? Czy ta "duchowa walka" w jakikolwiek sposób otworzyła im oczy na prawdę i wyzwoliła ich z tej fałszywej religii? Nic o tym nie słychać, natomiast nadal miliony czczą zarówno papieża, jak i "Królową Niebios". I nikt nie może ich zmusić do tego, żeby przestali, nawet Bóg - gdyż On daje każdemu wolny wybór. Naszym zadaniem, jako Kościoła, jest mówić prawdę, a nawet "głosić ją na dachach" - i takie jest biblijne pojęcie duchowej walki przeciwko siłom ciemności. Rysowanie mapek, chodzenie po górach i jaskiniach czy cmentarzach, by wiązać tam duchy lub poznawać tajemnice z przeszłości, trąci spirytyzmem, okultyzmem i na pewno nie jest zdrową nauką oraz Bożą metodą nawracania ludzi. Na marginesie: prorok Ezechiel (7,5-27) wspomina coś o ludziach chodzących po górach. Może właśnie to słowo należy skierować teraz do tych nowych charyzmatycznych gnostyków, którzy ukochali swoje "nowe objawienia" bardziej niż czyste i jasne Słowo Boże?

Co tak naprawdę leży u podłoża tego nowego pojmowania walki duchowej? Filozofia tego ruchu opiera się na jednym z poglądów dotyczących eschatologii zwanym postmillenializmem. Według nowych "proroków" i "apostołów", Bóg chce ustanowić swoje Królestwo na ziemi (czyli zewangelizowac świat i zaprowadzić swoje rządy we wszystkich narodach i sferach życia), zanim Chrystus będzie mógł tu powrócić i objąć panowanie jako Król królów i Pan panów. Wszystko spoczywa więc w rękach Kościoła, który obecnie jest "Chrystusem na ziemi" mającym Jego autorytet i moc. I dopóki Kościół nie weźmie się wreszcie do pracy i nie pokona szatana w okręgach niebieskich, nie zdobędzie poszczególnych regionów naszej planety dla "Chrystusa", nie ma mowy o powrocie Jezusa, a Bóg "ma związane ręce", jako że to MY mamy zaprowadzić tutaj Jego Królestwo. To MY mamy pokonać szatana (a nawet śmierć). Nie Chrystus. Cała uwaga skupia się obecnie na kluczowej roli Kościoła na świecie przeznaczonego do "wyzwolenia narodów". Jako dowód na taki sposób myślenia, słowa jednego z szanowanych w tym ruchu nauczycieli i "apostołów", Billa Hamona:

"Jezus czeka na swój Kościół. Wszystko to, co upadek człowieka w grzech odebrał ludzkości, Jezus - poprzez swój Kościół - przywróci i naprawi. Kiedy Kościół położy pod swoimi stopami wszystkich nieprzyjaciół Chrystusa, to wtedy dopiero Chrystus zostanie zesłany z Nieba na ziemię jako objawiona Głowa tego fizycznie zmartwychwstałego i przemienionego Kościoła" (Bill Hamon, "Prophets and personal prophecy").

Tymczasem Pismo Święte wyraźnie mówi, że dopóki jesteśmy na świecie, będziemy tu znienawidzeni i prześladowani. My "nie jesteśmy z tego świata", czyli nie naszą jest sprawą obejmowanie rządów nad narodami, zdobywanie ziem - geograficznie - dla Chrystusa. Nasza nadzieja jest "niebiańska", nie ziemska. Jesteśmy tutaj tylko pielgrzymami, w drodze do wiecznego, przyszłego miasta, które z tą ziemią nie ma nic wspólnego (Hbr 13,13-14). Wszystkie obietnice dotyczące panowania Chrystusa na ziemi odnoszą się do czasu PO Jego powrocie i osądzeniu narodów. Wiemy, że kiedy powróci, nie będzie już prawdziwej wiary na ziemi (Łk 18,8), gdyż - z wyjątkiem resztki Jego ludu, jak było podczas potopu za czasów Noego (Łk 17,25-26) - ludzie masowo zostaną zwiedzeni.

Drugim błędny aspekt tej nauki to fakt, iż nie ma ona żadnego konkretnego poparcia w Biblii, z wyjątkiem fragmentów wyrwanych z kontekstu i przekręcających jego znaczenie. Tak więc wiara w "związywanie terytorialnych demonów" przez wtajemniczonych "żołnierzy i generałów Pana" jest błędna i po prostu przeciwna objawieniu zawartemu w Piśmie Świętym, które ma być dla nas jedynym przewodnikiem w sprawach praktykowania naszej wiary.

To prawda, że Danielowi zostało objawione poprzez anioła istnienie "księcia anielskiego królestwa perskiego", ale czy na tej podstawie można tworzyć pogląd, że każdy kraj ma swojego demonicznego księcia, którego my musimy związać, aby "splądrować jego dom" (kraj) dla Bożego Królestwa? Nauka Jezusa o związaniu mocarza (Mt 12,29) nie mówi o związywaniu terytorialnych demonów, ale o tym, że Jego śmierć na krzyżu na wieki pokona wpływ szatana w życiu tych, którzy Go przyjmą jako Zbawiciela. Dzięki temu zwycięstwu Chrystusa, Bóg "może ograbić dom mocarza" i zgromadzić dzieci do swojego Królestwa (1J 4,4). Kiedy w Nowym Testamencie jest mowa o "związywaniu i rozwiązywaniu" to chodzi tam o wzajemne przebaczanie, zborową dyscyplinę (Mt 18,15-18), modlitwę i głoszenie Słowa o Chrystusie (Mt 16,16-19), a nie o związywanie mocy książąt anielskich rządzących w powietrzu.

O ile wiemy, Daniel nie zajmował się tworzeniem "duchowych map", nie wiązał żadnego demona nad krajem ani nie modlił się przeciwko "terytorialnym duchom", on nawet nie miał o nich pojęcia. Cała walka i "strategia" prowadzona była poza świadomością i wpływami Daniela (wystarczyło, że jego modlitwa dotarła do Boga, bo do Boga mamy się modlić, a nie do demonów lub "przeciwko nim"). Aniołowie Pana na Jego polecenie walczyli z przeciwnikiem, nie Daniel. Daniel na wiadomość o księciu perskim nie zgromił go ani nie posłał do piekła, co dzisiaj jest powszechnie praktykowane. Przeciwnie, w Liście Judy 9 jest powiedziane, że "nawet archanioł Michał, gdy z diabłem wiódł spór, nie ośmielił się wypowiedzieć bluźnierczego sądu, lecz rzekł: "Niech cię Pan potępi". Dzisiaj natomiast słyszymy liderów tego ruchu otwarcie i śmiało wyzywających szatana, przeklinających go publicznie na stadionach i wysyłających go do piekła - jakby ich słowo było słowem samego Boga, który jedynie ma tę moc!

Nie mówimy tutaj o indywidualnej praktyce wyganiania demonów, kiedy w imieniu Jezusa możemy uwolnić zniewolonego człowieka z mocy złego ducha, ale o nowej teologii "terytorialnych duchów", gdzie to MY rozkazujemy aniołom, by w naszym imieniu prowadzili walkę z siłami ciemności nad całymi krajami. Znacznie przekracza to zasięg duchowego autorytetu Kościoła w obecnym wieku. Jak wynika z Judy 9 czy 2Piotra 2,11, nawet aniołowie Pańscy nie wydają wyroku na szatana i nie związują jego ani jego działania na ziemi, gdyż uczynią to we właściwym czasie (Obj 20,1-3). To nie w naszej mocy jest związywanie duchów ciemności, jakie panują "w powietrzu" (Ef 2,2). Naszym zadaniem jest modlenie się wyłącznie do Boga i w Jego rękach należy pozostawić rozwiązanie tego "kosmicznego konfliktu". Ludzie, którzy nauczają obecnie "technik" pokonywania szatana itp. fałszywych nauk, są opisani w 2Piotra 2,9-12, Judy 8-11. Są to bardzo ostre słowa, jednak prawdziwe.

Należy przy tym jasno stwierdzić, że wiara w istnienie "duchów terytorialnych" i ich pokonywanie należy w rzeczywistości do pogaństwa. "Według wierzeń pogańskich, ten kto odniósł zwycięstwo nad cudzym bogiem, otrzymywał w nagrodę jego dobra i terytorium. Aby pokonać głównego demona rządzącego w danym miejscu i wygrać bitwę, trzeba zdobyć kawałek jego ziemi dla swojego boga. Gnostycy wierzyli w duchowe "warownie" ustanowione w powietrzu nad każdym miastem. Jest to myślenie bardzo podobne do tego, jakie widzimy w ruchu walki duchowej, którego główne założenie polega na zdobywaniu dla Chrystusa całych miast poprzez odebranie nad nimi władzy nieprzyjacielowi. W perskim gnostycyzmie istnieją dwaj bogowie, zły i dobry. Ten dobry rządzi światem duchowym, natomiast zły - światem materialnym. Wszystko zło jakie się dzieje na świecie zostaje przypisane bogu złemu, natomiast dobry bóg stanowi jak gdyby przeciwieństwo tego zła, dla zachowania na ziemi równowagi. Wynika z tego, że obaj bogowie mają taką samą moc zarówno jeśli chodzi o jej jakość, jak i zasięg. Tylko od jego czcicieli zależy to, czy dobry bóg wygra ową bitwę" ("The Agony Of Deceit", Moody Press, s. 133).

Według gnostyków tylko wtajemniczona elita, określana mianem "zwycięzców", wspinająca się na coraz to wyższe poziomy duchowego rozwoju dzięki coraz to nowym objawieniom i "wizytom w niebie" osiągnie taką doskonałość tu na ziemi, iż będzie w stanie pokonać nawet szatana w okręgach niebieskich, odbierając mu w końcu władzę nad światem.

Tak więc praktykę chodzenia po górach, aby ogłaszać tam panowanie Pana nad danym miejscem czy krajem, zaczerpnięto z wierzeń pogańskich, według których konkretny bóg może rządzić konkretnym terytorium, jeśli jego słudzy je dla niego zdobędą. To samo robią sataniści, wyznawcy New Age i innych religii nie mających nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ogromne grupy njuejdżowców gromadzą się w jakimś konkretnym miejscu ziemi, nucą swoje duchowe pieśni oraz modlą się do swoich demonów o ustanowienie ich panowania na ziemi. To samo robią czarownice. Tak więc chodzenie po cmentarzach i rozpoznawanie tam duchów kojarzy się raczej ze spirytyzmem i okultyzmem. Na pewno nie jest to coś, do czego zachęca nas Biblia.

Wbijanie kołków w ziemię zaznaczających cztery strony świata i w ten sposób oznajmianie szatanowi i Bogu, że to terytorium należy do nich - do chrześcijan i Chrystusa, gdyż pokonali tam szatana, to kolejna praktyka ludzi działających w "Sieci Walki Duchowej". Mówi się wtedy: "Od tej pory ten obszar zostaje powierzony Bogu".

I znowu ma to korzenie pogańskie, gdyż Bóg nie jest zainteresowany zdobywaniem jakiegoś ziemskiego terytorium w sensie geograficznym, natomiast szatan - tak. Bóg chce zdobywać ludzkie serca. Jego Królestwo to nie jest królestwo widzialne w sensie fizycznymi; nie można zmierzyć jego powierzchni w metrach kwadratowych. Bóg panuje w sercach tych, którzy Mu służą "w duchu i w PRAWDZIE".

Zatem dopóki grzesznicy chcą żyć w zgodzie ze swą upadłą ludzką naturą czy być oszukiwani przez fałszywe religie, nie mamy żadnej nadziemskiej władzy, by ich zmusić do zaprzestania tych praktyk i robienie "duchowym mapek", wbijanie kołków, chodzenie po górach i jaskiniach niczego nie zmieni. Jest to tylko strata cennego czasu, który mógłby być wykorzystany na głoszenie prawdziwej ewangelii, nawet jeśli większość nie będzie chciała jej przyjąć.

To co daje nam zwycięstwo nad siłami ciemności nie ma nic wspólnego ze związywaniem "duchów terytorialnych" czy "łamaniem mocy przekleństw" nad danym krajem. Jest to zwycięstwo nad złem w życiu poszczególnych jednostek, które pokonały szatana dzięki krwi Jezusa, obecności Ducha Świętego w nich oraz Słowu Bożemu, które wiernie głoszą. Żadne techniki tu nie pomogą ani też nie są wymienione w Biblii.

Dlaczego więc ludzie wierzący w swej gorliwości wpadają w tę sieć? Pomysł "szpiegowania przeciwnika", "wykrywania jego tajemnic" dostarcza ludziom niesamowitych dreszczy emocji i daje poczucie dokonywania czegoś "ważnego" dla Bożego Królestwa. W dodatku nie każdy może to robić, powołana do tego jest tylko mała grupka wybranych sług, gdyż inni są zbyt "niedojrzali" i zbyt "prostaccy" duchowo. Tylko, że zaraz nasuwa się tu refleksja, że w takim razie niezbyt dojrzały duchowo był cały Kościół z pierwszego wieku, bo nie znał tych "głębokich prawd", które dzisiaj posiadamy MY. Przecież nic takiego nie stosował skoro ani słowem o tym nie wspomina. Całą swoją uwagę dzisiejsi "komandosi" skupiają na szatanie i jego demonach, zamiast patrzeć na Jezusa - "sprawcę i dokończyciela naszej wiary". Uczestniczenie w tego rodzaju "ukrytych działaniach" może wywoływać swoiste poczucie wyższości z racji poznania sekretów, których często nie można zdradzić innym. Można się obawiać, że są to sekrety pochodzenia diabelskiego, bo dotyczą demonów, które mogą być autorami zwodniczych objawień. Jest to doprawdy dobry sposób zwodzenia. Szatan podsuwa bardzo "godny cel", po czym jeszcze podpowiada, jakich fałszywych metod działania trzeba użyć po to, by nie dały rzeczywistych duchowych rezultatów (oprócz "jednoczenia się Kościoła" i burzenia wszelkich doktrynalnych barier, które mają go ochraniać przed zwiedzeniem). Takie właśnie skryte działania polegające m.in. na niszczeniu bądź paleniu obrazów maryjnych na miejscu ich obecnego czczenia, gromienie diabła z najwyższych miejsc sanktuariów maryjnych, odbyły się m.in. w Licheniu i Częstochowie, a przecież Jezus, wszystko co dokonywał i nauczał - czynił otwarcie i nie bał się jakiegoś "zdemaskowania". Jeśli wywracał stoły i usuwał handlarzy - to odważnie i publicznie. Inne sposoby są szamańskie i należą do ciemności. Pan powiedział do Żydów przybyłych, aby Go pojmać: "Ja jawnie mówiłem światu; ja zawsze uczyłem w synagodze i w świątyni, gdzie się wszyscy Żydzi schodzą, a potajemnie nic nie mówiłem" (J 18,20). Diabeł po obejrzeniu akcji spalenia obrazków lub wbicia palików nie wyjdzie dobrowolnie z serc ludzkich. Spalenie przedmiotów kultu, nawet gdyby odbyło się ono na oczach ludzi, może co najwyżej wzburzyć ich, jeśli nie rozumieją swych nieprawidłowych wierzeń. Prawdziwa walka o duszę musi stoczyć się wewnątrz człowieka. Osoba niewierząca powinna najpierw wysłuchać, a potem osobiście ustosunkować się do przedstawionej jej otwarcie i szczerze ewangelii Bożej. Wszelkie rytuały czynione skrycie w intencji zbawienia niewierzących (z wyjątkiem modlitwy przyczynnej zanoszonej do Boga z towarzyszącym jej świadczeniem i objaśnianiem ludziom ich błędów - jak np. w Rzymian 10,1-2) nie pochodzą z Pisma Świętego jako przykłady praktyki chrześcijańskiej.

W ramach tej "strategicznej walki" szatana trzeba wyganiać non-stop przez 24 godziny na dobę, inaczej nic nie osiągniemy. W ten sposób lud Boży traci cenny czas, który mógłby spędzić bardziej produktywnie, poświęcając się głoszeniu ewangelii, zdrowej modlitwie wstawienniczej lub studiowaniu tego, co naprawdę mówi Biblia, by i innych móc nauczać prawdy, a nie "baśni" (1Tm 1,3-7; 4,13.16; 2Tm 3,14-17; 4,2-5).

Weźmy za przykład wizytę apostoła Pawła w Atenach. Kiedy tam przybył, obruszył się w duchu na widok panującego tam bałwochwalstwa. I co w związku z tym uczynił? Czy zwołał grupę wytrenowanych "komandosów i generałów modlitwy wstawienniczej", aby związać rządzącego tym terytorium "ducha bałwochwalstwa"? Czy zajmował się rysowaniem mapek i modleniem się przeciwko kultowi Zeusa czy Artemidy? Czy zwołał Greków, aby przed nimi pokutować za grzechy Rzymian? Czy maszerował naokoło Aten, wbijał kołki w cztery rogi miasta i ogłaszał, że to własność Boga?

Nie, nie ma w Biblii mowy o tego rodzajach praktykach apostołów. Zobaczmy zatem, jaka była taktyka Pawła, którego powinniśmy naśladować. Jego reakcją na bałwochwalstwo miasta było: codzienne "rozprawianie w synagodze", "wojna na słowa" (dysputy) z filozofami greckimi, śmiałe i jasne głoszenie ewangelii na Areopagu. Skutkiem tego kazania, wcześniejszych sporów, demaskowania fałszu filozofów greckich itp., nie było wielkie przebudzenie. Nie, przede wszystkim szydzono z niego i go ignorowano - tylko niektórzy ze słuchaczy uwierzyli i się do niego przyłączyli (Dz 17,16-34). A więc nie nastąpiła przemiana w skali całego miasta, nie zostało obalone bałwochwalstwo. Zbawieni przez Boga zostali jedynie ci, którzy uwierzyli prawdzie. W ten właśnie sposób Bóg powołuje swój lud przez wieki z każdego języka i narodu. Nigdy nie obiecywał, że uwierzą całe miasta. Nie możemy nikogo zmusić, aby porzucił swoje bałwany czy umiłowany grzech. Tzw. "oczyszczenie duchowej atmosfery" poprzez modlitwę wstawienniczą, aby mogła zostać zbawiona cała konkretna grupa ludzi (znowu zbiorowe zbawienie) nie jest ani pomysłem Biblii, ani metodą w niej zaprezentowaną. Twierdzenie, że nad danym miastem należy związać "ducha aborcji" czy "ducha cudzołóstwa" jest nielogiczne, gdyż wszelkie tego rodzaju grzechy są wymienione w Biblii jako "grzeszne uczynki ciała". Zatem nie jest to wynik demonicznego sterowana aktywnością człowieka. Dopóki zmysłowi, nieodrodzeni ludzie pragną te rzeczy czynić, żadne związywanie "demonów aborcji" czy innych niczego tu nie zmieni.

Na początku lat 90. Dawid Wilkerson napisał w swoim liście do ludzi wspierających jego służbę: "Cały Kościół w Ameryce, mimo swej zjednoczonej akcji przeciwko pokazom filmu 'Ostatnie kuszenie Chrystusa', nie zdołał im zapobiec. Czy nasze modlitwy w ciągu ostatnich 25 lat rozprawiły się z grzechem aborcji w tym narodzie? Nie, obecnie jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem. Istnieją jednak chrześcijanie, którzy ogłaszają, że zdobędziemy cały świat dla Chrystusa. Ale nie słyszałem jeszcze, żeby udało im się zdobyć chociaż jeden kraj".

Inny przykład: Po dwóch latach postu i modlitwy, publicznego ogłaszania przez chrześcijan, że igrzyska olimpijskie homoseksualistów w Kanadzie nie dojdą do skutku - i tak bez przeszkód odbyły się w Vancouver i nikt nie był w stanie temu zapobiec...

Czy chodzi zatem o to, żeby się nie modlić i nie być światłem oraz solą na świecie? Jasne, że nie. Jednak mamy się modlić według inspiracji Ducha Świętego, zgodnie ze Słowem Bożym i Bożą wolą, a nie w oparciu o własne mrzonki i cielesne pragnienia rządzenia tym światem, w którym nareszcie staniemy się "głową a nie ogonem", co rzekomo jest Bożym planem dla Kościoła końca wieków. Boża wola jest inna: chrześcijanie do końca będą prześladowani i wyśmiewani, to właśnie zapowiedział nam Pan. Bożą wolą nie jest to, aby ktokolwiek zginął, ale z drugiej strony to On sam oddał nieposłusznych Mu ludzi na zatracenie i zaślepienie poprzez ich własne namiętności i pozwolił im brnąć dalej w zło (Rz 1,18-32; Obj 22,11-12). Taki jest Jego sąd nad niepokutującymi grzesznikami (jest pełen miłosierdzia tylko dla tego, kto Go szuka i pragnie się wyrwać ze związania grzechem) i żadne nasze błagania nie zmienią biegu wypadków, przyszłych wydarzeń, kiedy to Zły pozornie będzie już tryumfował (zupełnie jak wtedy, kiedy udało mu się ukrzyżować Chrystusa), aż nagle zostanie zniszczony jednym tchnieniem Bożych ust w chwili, gdy się najmniej będzie tego spodziewał (1Tes 5,3; 2Tes 2,8).

Biblijna nauka na temat walki duchowej dotyczy zarówno uwalniania ludzi od demonów, jak i walki o większym zasięgu, zdefiniowanej w Ef 6,12. Na czym jednak owa walka ma polegać? Czy na pozabiblijnych objawieniach - np. jak mają na imię poszczególne demony rządzące krajem, aby móc je wyrzucić, czy raczej na czymś zupełnie innym? Wydaje się, że ci, którzy propagują niebiblijną naukę nie rozumieją znaczenia słów Pawła: "Gdyż oręż nasz, którym walczymy, nie jest cielesny, lecz ma moc burzenia warowni dla sprawy Bożej; nim też unicestwiamy złe zamysły, i wszelką pychę podnosząca się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelka myśl do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi" (2Kor 10,4-5). Paweł prowadził "walkę duchową" przeciwko fałszywym apostołom, którzy rozsiewali o nim kłamstwa, aby odebrać mu autorytet w oczach jego uczniów. Owymi "warowniami", jakie burzył, były właśnie te KŁMASTWA szatana, które Paweł demaskował poprzez głoszenie prawdy. Tymczasem wg nauki nowego paradygmatu, "warownie" to miejsca zgromadzeń licznej rzeszy demonów, które to zgromadzenia trzeba rozbić i demony wypędzić, aby odebrać im moc nad danym terytorium.

W rozdziałach 10-13 Drugiego Listu do Koryntian Paweł odpiera fałszywe zarzuty swoich przeciwników. Tak więc "warownie" (słowo w NT użyte tylko jeden raz) oznaczają wyraźnie "fałszywe argumenty, wyobrażenia, arogancję i pychę" występujących przeciwko jego służbie. Kiedy ludzie wierzą kłamstwu, pozwalają by w ich umyśle powstała "warownia" - "forteca" blokująca dostęp prawdy, co powoduje związanie. Tylko prawda może ich z tego wyswobodzić (J 8,31-32). Trwanie w zwiedzeniu jest jednym z największych niebezpieczeństw, jakie mogą spotkać wierzącego człowieka, który nie potrafi rozsądzić, co jest prawdą, a co fałszem. Nasz duchowy los (życie wieczne) zależy od tego, czy wierzymy Prawdzie, czy raczej wybraliśmy kłamstwo. Stąd to nasz umysł musi zostać poddany w posłuszeństwo Chrystusowi i to na polu naszego umysłu toczy się duchowa walka. Szatanowi bardzo na tym zależy, by ją wygrać właśnie w tej sferze życia. Jedyną obroną przeciwko jego atakom jest poznanie Boga i Jego Słowa oraz trwanie w nim. To Słowo stanowi miecz, który pokonuje szatana obnażając jego kłamstwa. Wtedy, nie mając już nic do roboty, pokonany odchodzi. Słowo o "całej zbroi Bożej" w Ef 6,13-17 symbolicznie przedstawia nasz duchowy stan, w jakim mamy trwać, aby umieć odeprzeć wszelkie diabelskie ataki.

To samo dotyczy walki duchowej o zbawienie niewierzących ludzi: Trzeba im głosić prawdę i w ten sposób przygotować ich umysły na przyjęcie ewangelii. Oczywiście tylko Duch Święty ma moc przekonać ich o grzechu i dać im zrozumienie głoszonego Słowa. Naszym zadaniem jest głoszenie, aby po jakimś czasie mogli przejrzeć na oczy.

Demaskowanie fałszywych nauk czy filozofii jest zdecydowanie biblijną formą "duchowej walki". Duch tego świata zaślepiający umysły ludzi zostaje pozbawiony swojej mocy wtedy, gdy ludzie przyjmą prawdę. Cała ta wielka walka o kosmicznym znaczeniu odbywa się w sferze myśli, wyobraźni, systemu wierzeń. Nasza rola w tej walce tego właśnie dotyczy.

Widzimy, że Paweł w Dz 17,2-3 "rozprawiał z nimi" "wywodząc i wykazując" prawdę o Chrystusie. W Dz 18,4 "starał się ich przekonać", na podstawie prawdy Bożego Słowa wykazywał głupotę i umysłową próżnię ówczesnych filozofii. Paweł nauczał publicznie i po domach, prowadził dysputy z filozofami. W Nowym Testamencie nie ma mowy o tym, żeby Paweł związał "ducha cudzołóstwa" nad Koryntem, albo że "rozpoznał ducha czarów" w Efezie lub "ducha religijnego" w Jerozolimie.

Walka duchowa według Biblii polega na przeciwstawianiu się szatanowi w naszym osobistym życiu i walce z naszymi cielesnymi pokusami, których on używa, aby nas zepchnąć z toru. A wszystko to czynimy w mocy Bożej, poddawszy się najpierw w posłuszeństwie Chrystusowi (Jk 4,7). To prosta recepta i na potrzebę bardziej "skomplikowanego" postępowania w tej materii nie mamy żadnego dowodu ani nakazu w Biblii. Nie możemy brać na siebie odpowiedzialności za wybory innych ludzi poprzez jakieś "wojny" z niewidzialnymi siłami.

Nic dziwnego, że ten nowy paradygmat (wzorzec myślenia) powoduje w szczerze wierzących ludziach nie lada poczucie winy z powodu tego, że nasze społeczeństwo nie chce znać Boga i wokół nas dzieje się tyle zła. Mówią: "To nasz brak konkretnego działania pozwala na to, że zło zwycięża". Jednak nie jest to nasza wina, ani Bóg nas za to winą nie obarcza. Nie w naszej mocy jest "zbawić cały świat". Bóg to wie i rozumie. Sam tak nas stworzył i nie dał nam większego autorytetu ani nakazu, niż ten, który mamy. Przecież sam Jezus został odrzucony przez złe i cudzołożne pokolenie (Hbr 12,3).

Nasz Pan, sam Jezus Chrystus, podsumował tego rodzaju gnostyczne objawienia i "nowe metody" następującymi słowami: "Wam zaś (...) wszystkim, którzy nie macie tej nauki, którzyście nie poznali, jak mówią, szatańskich głębin, powiadam: Nie nakładam na was innego ciężaru; trzymajcie się tylko mocno tego, co posiadacie, aż przyjdę" (Obj 2,24-25).

Amen, Przyjdź Panie Jezu!

Kazimierz Sosulski

Artykuł jest własnością redakcji Miesięcznika "Chrześcijanin".
Przedruk dla celów komercyjnych możliwy jest po uzyskaniu zgody redakcji oraz podaniu źródła.


Żródło:
Miesięcznik "Chrześcijanin"
Artykuł nie służy celom komercyjnym.

 

- - - - - - -
Społeczność Chrześcijańska w Mikołajkach

 

fShare
0