Czytelnia

Droga

Bartosz Sokół włącz .

     Byłem tam. Widziałem ją. Znałem ją. Szedłem nią. Droga. Bardzo przestronna i wygodna. Dzisiaj nazwalibyśmy ją autostradą. Ciemnoszary asfalt odbijał blask słońca. Co kilkanaście metrów bary szybkiej obsługi. Wszystko doskonale oświetlone i widoczne. Nie można było się zgubić. Była doskonale prosta. Nie zdziwiłem się więc, widząc ogromny tłum, który, niczym potężna rzeka, przelewał się naprzód. Niepokonana ludzka fala zmierzała do celu z nieposkromioną determinacją. Uwagę zwracała wielka różnorodność podróżnych. Widziałem tam uśmiechniętych, beztroskich nastolatków oraz dorosłych mężczyzn o zatroskanych, niespokojnych obliczach. Widziałem młode matki, z fascynacją pchające swoje wózki. Widziałem też znudzonych emerytów, z trudem stawiających kolejne kroki. Widziałem zapracowanych inżynierów i rozczarowanych życiem pracowników fabryk. Jednak najciekawszą grupę stanowili młodzi uczniowie i studenci. Nikt nie zwracał uwagi na drogę, oni jednak byli inni. Rozmawiali między sobą o zagadkowym celu podróży, który de facto, był tematem tabu. Ludzie szli, bo po prostu tak było od zawsze. Ich dziadkowie szli tą drogą, później rodzicie, a teraz oni. Czasami zadawali sobie pytania o cel ostateczny tej pięknej szosy, ale tak odległe wątpliwości musiały ustąpić miejsca troskom codziennej rzeczywistości. Tak więc szli. Bo iść musieli. Bo wszyscy szli. Bo nie znali innej drogi. 

     Nagle zobaczyłem coś zupełnie niezwykłego. Jakiś szaleniec biegł pod prąd, krzycząc coś niezrozumiale! Roztrącał przy tym otaczający go tłum i z przerażeniem w oczach wskazywał na horyzont. Wzrok tłumu wędrował ku miejscu wskazanemu przez szaleńca. Podszedłem bliżej, chcąc usłyszeć, co też takiego miał do powiedzenia. Zobaczyłem człowieka, który z pasją w oczach i dziwnym przekonaniem, opowiadał o tym, co znalazł na końcu drogi. Im dłużej mówił, tym bardziej zaniepokojony stawał się otaczający go tłum. "Zmierzacie wprost ku przepaści! Na końcu nie ma nic! Jedyne, co tam znajdziecie, to śmierć! Śmierć dla was i dla waszych bliskich! Śmierć i zniszczenie! Zatrzymajcie się! Zawróćcie! Tu z boku jest inna ścieżka. Ona wiedzie do lepszego miejsca!" - krzyczał, wydając przy tym spazmatyczne jęki. Nastrój tłumu zaczął się niebezpiecznie zmieniać. " A skąd ty możesz to wiedzieć?!" - krzyknął starszy mężczyzna o siwych włosach, "Przecież od wieków ludzkość zmierzała tą drogą" - dodała młoda dziewczyna, która od dłuższej chwili przyglądała się zajściu. Stałem tam z boku, walcząc z myślami. Co też ten człowiek mówi?... Czy to możliwe, że wszyscy myliliśmy się? Czy to możliwe, że...ja się myliłem? Szaleniec znowu podniósł głos: "Pytacie mnie skąd o tym wiem... Byłem tam! Byłem już na samym końcu! Przy samej drodze stał ledwo widoczny krzyż. Wielu nawet nie zwróciło na niego uwagi... Stał w cieniu wielkiego parku rozrywki. Ale coś zwróciło moją uwagę... Gdy podszedłem bliżej zobaczyłem, że ktoś na nim wisi!" - patrzyłem na szaleńca z szeroko otwartymi oczyma... O czym on mówi? Krzyż? Tutaj, przy drodze? Ale on wołał dalej: "Podbiegłem bliżej! Czy to możliwe?! Żeby tutaj, przy drodze, umierał człowiek?! Na krzyżu wisiała jakaś tabliczka: JEZUS Z NAZARETU - Król żydowski. Z ran kapała krew. Powoli zbliżałem się do powykręcanego ciała, gdy..." - nagle, głos utknął, jakby zatrzymany niewidzialną dłonią. Jakiś człowiek, podbiegł do szaleńca i jednym kopnięciem powalił go na ziemię. "Nie będziesz opowiadał bredni i straszył nas wymyślonymi historyjkami!" - krzyczał jakiś młody chłopak o twarzy wykrzywionej nienawiścią. "Krzyż nie ma prawa istnieć! Przynajmniej tutaj!" - dodał. Rozwścieczony tłum, przewalił się nad szaleńcem, niczym tsunami, znane ze swojej niszczącej mocy. Nie zobaczyłem go już nigdy więcej. Podobno zginął tam, stratowany przez podróżnych. Jeden z wielu szaleńców, o jakich staraliśmy się szybko zapomnieć. Mówiono po cichu, że było ich więcej. Chrześcijanie - tak ich nazywali.

     Mijały dni, a ja nie mogłem zapomnieć o szaleńcu i jego niedokończonej opowieści... Mimo że coraz to nowe rozrywki zaprzątały mój umysł, jak niewidzialny bumerang powracało jedno zdanie: "Jezus z Nazaretu - król żydowski". Kim był ten człowiek, jeśli naprawdę istniał? Dlaczego umierał na krzyżu? Co sprawiło, że szaleniec zmienił swoją drogę? Co sprawiło, że nie wahał się iść pod prąd? Co sprawiło, że gotów był zginąć?! Czy naprawdę istnieją jakieś inne, nieodkryte drogi? Pytania uderzały we mnie, niczym dokładne pociski rozrywając na strzępy pewność siebie. Z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej niespokojny. A co jeśli to prawda? A co jeśli szaleniec miał rację? Mijały tygodnie, później miesiące, a ja ciągle nie mogłem zapomnieć. I właśnie wtedy postanowiłem... Odnajdę tego Jezusa i przekonam się, o co w tym chodzi. Jeśli ten krzyż rzeczywiście tam stoi - znajdę go! 

     Rozpoczęła się długa wędrówka. Przyspieszyłem, zostawiając z tyłu wszystkich przyjaciół i towarzyszy podróży. Myśleli, że zwariowałem...Lecz ja po prostu chciałem poznać prawdę. I tego Chrystusa, który intrygował mnie ponad wszystko. Po drodze pytałem wielu, czy wiedzą jak dojść pod krzyż. Niestety, nikt nie znał drogi. Niektórzy wręcz odradzali poszukiwania, powiętpiewając w jego istnienie. Aż pewnego razu, moją uwagę zwrócił starszy mężczyzna, wyglądający na bardzo mądrego człowieka. Zapytany o drogę prowadzącą pod krzyż, wyszeptał: "Młody człowieku...Ja sam nie wiem jak tam dojść, ale mam mapę!" Jak to?! Więc istnieje jakaś mapa? Dlaczego nic o niej nie wiedziałem? Starzec wręczył mi zwitek zmiętych kartek papieru, uśmiechając się przy tym zagadkowo: "Uważaj synu, jeśli zaczniesz ją dokładnie studiować, twoje życie już nigdy nie będzie takie same!" Grzecznie podziękowałem. Nie widziałem wtedy, jak prorocze okażą się słowa starca. 

     Otwierając mapę, zauważyłem jakiś tytuł. Z trudem odszfrowując napis, stwierdziłem, że to nie może być prawda... Duże litery, jak wyzwanie rzucone mi prosto w twarz, obwieszczały prosty wyraz: "BIBLIA"! A więc to tak! Przecież każdy słyszał o tej mapie! Wielu trzyma ją w kieszeniach, nie zadając sobie trudu, by sprawdzić dokąd ona prowadzi. Ja też, już wcześniej trzymałem ją w dłoniach, ale wtedy nie wzbudziła ona mojego zainteresowania. Wtedy jeszcze nie szukałem ukrzyżowanego Jezusa...

     Rzeczywiście, mapa byłą bardzo precyzyjna. Prowadziła dokładnie pod krzyż. Droga, prostsza niż myślałem, pozbawiona była pułapek. Im bliżej celu byłem, tym mocniej biło mi serce. Aż, po kilku dniach podróży, dotarłem do ostatniego punktu mapy. Dalej był już tylko krzyż. Wszystko miało się wyjaśnić. Oto droga, po której zmierza ludzkość. Obok, zobaczyłem drewniany, szorstki krzyż. To dziwne, bo nie był oświetlony i tak dobrze widoczny jak wszystkie inne przystanki. Tylko krople krwi na drodze świadczyły o rozgrywającym się dramacie. Stał zaraz przy drodze! Obok stóp ukrzyżowanego człowieka prowadziła droga, po której szliśmy! Niektórzy zatrzymywali się. Zaciekawione oblicza wyrażały zdumienie i niedowierzanie. Czasami nadzieję, lecz częściej pogardę. Stojąc z boku, widziałem jak niektórzy rozmawiali z ukrzyżowanym. Jezusem - jak mogłem się domyślać. Reagowali bardzo różnie. Widziałem starszą kobietę, która zaczęła przeraźliwie płakać i, co najdziwniejsze, zawróciła z drogi! Jednak, była nielicznym wyjątkiem. Większość była całkowicie obojętna. Niektórzy pluli na skazańca i wyszydzali go. Nie mogłem tego zrozumieć. W końcu, po dłuższej chwili, postanowiłem podjeść pod krzyż i raz na zawsze rozwiać swoje wątpliwości. Coś, w głębi serca, mówiło mi, że to najważniejsza chwila w całej mojej podróży... 

     Nie był taki jak myślałem... Po Jego twarzy spływały łzy. Nigdy nie widziałem takich oczu. Miały w sobie kolor nieba, ale dostrzegłem też nieopisany ból, przenikający mnie aż do samych kości... Wszędzie była krew... Prawdziwa krew...Nigdy nie widziałem tyle krwi... Na głowie miał koronę z ostrych cierni. Raniły mu głowę, wbijając się do samej czaszki. Nie potrafiłem wyobrazić sobie bólu tego skazanego człowieka... Nagle... Spojrzał na mnie... I ten wzrok... Było tam coś jeszcze...Miłość, jakiej nie potrafiłem wyjaśnić... Wtedy, w przypływie nagłego współczucia, zawołałem: " Dlaczego umierasz?! Kto ci to zrobił?! Powiedz! Kto?!". A On tylko patrzył... i patrzył... Wokół zrobiło się przeraźliwie cicho. Nawet słońce, niczym zawstydzony dzieciak, skryło się za chmurami. "Umieram zamiast Ciebie...Umieram, by powiedzieć Ci, że na końcu tej drogi jest tylko śmierć...Umieram, byś mógł zawrócić i pójść inną drogą..." - wyszeptał cicho, siląc się na mocny głos. "Ale dlaczego...?! Dlaczego to robisz?" - spytałem tylko, nie mogąc znaleźć słów, godnych tej chwili. Odpowiedź uderzyła we mnie, niczym piorun, odsłaniając nagość mojego istnienia..."Jest tylko jeden powód" - wyszeptał z trudem. "Tylko jeden powód. KOCHAM CIĘ! To ja cię stworzyłem... Żyjesz dla mnie...Nie chcę, żebyś zginął w tej przepaści. Piekło nie jest dla ciebie synu!" - z wielką ulgą opuścił zmęczoną głowę. Stałem tam pod krzyżem. Krople krwi kapały mi na ręcę. "Kocham cię!" - brzmiało tysiąckrotnym echem. "Kocham...Kocham...Kocham...Kocham...Kocham cię!". Nie mogłem uciec od tego głosu. Wiedziałem, że Jezus mówił prawdę. Krople krwi, które kapały na moje dłonie, były najwspanialszym potwierdzeniem, jakie tylko mógłbym otrzymać... Zabili Go... Zabili Go, bo mówił prawdę! Ten, który mnie stworzył, teraz umarł za mnie...Ten, który jest Bogiem, przyszedł na ziemię w ludzkiej postaci. I dał zabić się przy autostradzie świata, aby ludzie mogli zawrócić ze złej drogi! Myśli uderzały w moją głowę jak szalone... Co robić?! Co robić?! Spojrzałem za siebie. Jakieś młode małżeństwo z beznamiętnym wyrazem twarzy, minęło krzyż, idąc prosto w przepaść! Spojrzałem na Jezusa...i wtedy znów zobaczyłem ten niesamowity ból w Jego oczach...krew pomieszana ze łzami tworzyła straszną mozaikę cierpienia..."Jeśli wierzysz...idź...ostrzeż ich...idź...idź!" - szeptał, z trudem podnosząc poranioną głowę. Patrzył wprost na mnie. I wtedy zrozumiałem tego szaleńca, którego stratowano kilka miesięcy wcześniej...On nie mógł inaczej. Nie mógł milczeć. Nie potrafił milczeć. Spotkał ukrzyżowanego Jezusa. Tak samo jak ja.

     Odszedłem spod krzyża z wielkim brzemieniem odpowiedzialności. Teraz to ja stałem się szaleńcem. Odwracając się po raz ostatni, spostrzegłem kobietę w średnim wieku, która klęczała pod krzyżem. Jej rozwichrzone włosy świadczyły o wielkim pośpiechu z jakim przybiegła tutaj. Z entuzjazmem całowała stopy Chrystusa. Jakież było moje zdziwienie, gdy odchodząc, nie zmieniając swojej drogi, poszła w kierunku przepaści! Kilku młodych ludzi robiło zdjęcia, obiecując, że powieszą je na ścianach swoich pokojów. Również oni nie zmienili swojej drogi. Poszli dalej, trzymając w dłoni zmięte zdjęcie ukrzyżowanego Jezusa. Zmierzając do przepaści. Zmierzając do piekła. Zdążyłem jeszcze dostrzec prezydenta jakiegoś znacznego kraju. Krzyczał pod krzyżem o wartości moralnej, tego, co uczynił Jezus. Obiecał mu, że dzieci w jego kraju, będą się uczyć w szkołach o Wielkim Jezusie, a w każdym urzędzie, na głównym miejscu, postawi krzyż. Tak, jak się spodziewałem, poszedł dalej. Nie zawrócił. Bałem się spojrzeć w twarz Jezusa... Zastanawiałem się tylko, co boli bardziej. Gwoździe przebijające Jego dłonie, czy nieświadomość mijających Go ludzi.

     Postanowiłem. Wrócę i ostrzegę ludzi. Nawet jeśli pomyślą, że jestem nienormalny i szalony. Nawet jeśli mnie wyśmieją i oplują. Wrócę, bo teraz wiem, że piekło naprawdę istnieje! Wrócę, nawet jeśli...nawet jeśli stratują mnie na śmierć... Wrócę, bo Chrystus jest tego warty. Wrócę, bo pod krzyżem przekazał mi cząstkę swojej miłości do nieświadomych ludzi. Wrócę, bo nie chcę żeby ktokolwiek z nich wpadł w czeluść piekła! 

     Już pierwsza napotkana osoba powiedziała mi, że postradałem zmysły. Jakiś młody chłopak plunął mi prosto w twarz, krzycząc z pogardą: "Głupiec!". Myślałem, że prosty górnik wysłucha tego, co mam do powodzenia, ale on był zbyt zajęty. Tak jak lekarz, nauczyciel i mechanik. Zbyt zajęci. Emeryci natomiast powiedzieli mi, że im już wszystko jedno. Szli tą drogą całe życie, więc niby czemu mają zawracać?! Nikt nie rozumiał. Nikt nie rozumiał krzyża. Nikt nie rozumiał piekła. W końcu zacząłęm krzyczeć jak oszalały. Dostrzegłem, że na skraju drogi stoi jakiś człowiek. Jego wzrok wyrażał zainteresowanie. Nie śmiał się, ale też nie wydawał się być przekonany. Dostrzegłem jego serce, podobne do mojego. Dostrzegłem jego decyzję, podobną do mojej. Wiedziałem, że zaraz pójdzie dalej, ale coś nie pozwoli mu zapomnieć. I kiedyś odnajdzie ukrzyżowanego Chrystusa! Będzie słyszał ten, ciągle powracający, uporczywy głos: "Zawróć! Jezus umarł za Ciebie, więc nie idź już tą drogą! Zawróć! Jezus! Jezus! Jezus! Jezus! Tam na końcu drogi, umiera, bo kocha cię! Jezus! Jezus!". To nie pozwoli mu spać spokojnie. To nie pozwoli mu iść naprzód. Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. Patrzył na mnie niewidzącym, obojętnym wzrokiem. Jeszcze nie rozumiesz? To byłeś właśnie TY!

     Wiem, co teraz myślisz. Kiedyś myślałem tak samo. Lecz muszę ci to powiedzieć. Chrystus umarł za ciebie. Za twój grzech i twoją winę. Umarł, abyś miał możliwość zawrócić i zmienić drogę. Łatwo jest iść z tłumem, łatwo pójść do piekła. Lecz jest inna droga. Jak na nią trafić? Czytaj mapę. Tam znajdziesz odpowiedź. Zawróć... Nie idź do piekła! Wybacz, ale muszę iść dalej. Jeszcze miliony muszą usłyszeć Dobrą Nowiną. O tym, że nie muszą iść do przepaści. O tym, że ktoś, poprzez swoją śmierć, utorował inną drogę. Drogę do nieba. Drogę do wspaniałej wieczności. Jeszcze miliony muszą usłyszeć. Mam nadzieję, że spotkamy się kiedyś, już na tej dobrej drodze. Żegnaj.



Ew. Mateusza 7 rozdział:

13 Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem przestronna jest brama i szeroka droga, która prowadzi na zatracenie, a wiele ich jest, którzy przez nią wchodzą.
14 A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; a mało ich jest, którzy ją znajdują.




Bartosz Sokół

za zgodą autora

 

- - - - - - -
Społeczność Chrześcijańska w Mikołajkach
 

fShare
0